poniedziałek, 27 czerwca 2016

ROZDZIAŁ II


Spał w ich łóżku. Rude włosy rozsypane na poduszce wokół głowy nadawały mu wygląd lwa. Klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, a kończyny – każda w innej pozycji – sprawiały, że wyglądał jak marionetka porzucona gdzieś przez wieszczkarza.
Uchylił usta – wąskie, blade wargi – by po chwili zacząć delikatnie chrapać.
Zmarszczyła nos. Nic się nie zmieniło.
Wyszła z sypialni i przeszła do garderoby. Różdżką przywołała starą walizkę, której używała jeszcze za czasów Hogwartu i zaczęła ręcznie wrzucać do niej ubrania. Jego ubrania.
Kiedy skończyła to samo zrobiła z butami i innymi rzeczami, które należały do Ronalda – między innymi pokaźną kolekcją pucharów Quidditcha. W pewnym momencie zawahała się jednak, a jeden z najcenniejszych ni przypadkiem, ni celowo wysmyknął się z jej rąk. Uderzył o kafelki i rozbił się na kilka części.
Na sercu poczuła lekkość, jakiej nie czuła nigdy dotąd.
Wzięła kolejne trofeum i rzuciła nim o podłogę. Ilość skorup i kawałków potłuczonego szkła zaczęła tworzyć nieskładną kupkę wokół jej stóp. Kiedy chwyciła jeden z jego ulubionych -  zeszłoroczny – przerwało jej gwałtowne wciąganie powietrza.
- Co ty do kurwy nędzy odpierdalasz? - rzucił się w jej stronę i szarpnął za ramiona. Palce wbił jej w skórę z taką siłą, że wiedziała, że: po pierwsze – trafiła w jego czuły punkt – a po drugie – będzie mieć od tego serię siniaków. Mimo to, nie zdążył jej powstrzymać przed upuszczeniem ostatniego pucharku.
- Nie dotykaj mnie – wysyczała, a on zamachnął się z całej siły.
Wymierzony policzek bolał, niesamowicie piekł, ale co najważniejsze – poniżył ją nawet teraz. Był jednak swoistą kroplą, która przelała szalę goryczy. Wściekła, wyjęła różdżkę przed siebie i jednym sprawnym ruchem nadgarstka sprawiła, że poleciał na ścianę, uderzając w nią gwałtownie plecami i głową.
Zachwiał się, próbując wstać. Z nosa pociekła mu wąską stróżką krew. Wytarł ją niezgrabnie wierzchem dłoni i podparł się o komodę, przewracając przy tym ich zdjęcie.
- Jesteś nienormalna – wychrypiał, bezbronny; najwidoczniej zostawił swoją różdżkę w sypialni, bo nie próbował się do niej zbliżyć nawet o krok.
- Tchórz – rzuciła, kręcąc głową.
Obróciła się w stronę drzwi i jednym, prostym zaklęciem sprawiła, że się zatrzasnęły. Rudowłosy nawet nie zdążył zareagować. Nie mogła dopuścić, żeby dopadł swojej różdżki. Chciała go bezbronnego, nie mógł zrobić jej krzywdy.
- A teraz patrz i cierp – rzuciła, rozbijając na wysokości jego głowy, dosłownie kilka milimetrów od jego prawego ucha, kolejne z trofeów. - Patrz, jak niszczę to, co jest dla ciebie ważne! - wykrzyczała, rozbijając kolejną o podłogę.
- Wariatka! - zdobył się na odwagę i również podniósł głos.
Doskoczyła do niego w jednej sekundzie, przykładając mu różdżkę do gardła. Wykręcił głowę tak, że patrzył jej prosto w oczy. Dwa rodzaje wściekłości spotkały się ze sobą, wprowadzając w powietrzu atmosferę ledwą do zniesienia.
- Zwyrodnialec – wyszeptała, czując przypływ adrenaliny. - Szuja. Kłamca. Oszust. Pierdolony niedowiarek. Zniszczyłeś wszystko – oznajmiła stanowczym tonem. - Wszystko. Moją przyjaźń z Potterami, dobre stosunki z twoimi i moimi rodzicami, przez ciebie zrezygnowałam z posady w Mungu. Dlaczego? Bo byłeś zazdrosny do tego stopnia, że wolałeś mnie uderzyć niż mnie wysłuchać. A twoje romanse? Dowiedziałam się o wszystkich – Patricii, Lavender, Kate i paru innych wywłok – wymieniała, akcentując każde słowo.
- Hermiono... Ja nie wiem, co powiedzieć – wysapał, próbując spuścić wzrok. Wydawał się skruszony, wręcz zawstydzony. Zaśmiała mu się w twarz. Z drugiej strony sama dziwiła się swojej hardości i zachowaniu zimnej krwi. W końcu się mu postawiła i część niej samej pragnęła dać jej za to medal.
- Nic nie mów, nie chcę słuchać tej twojej paplaniny. Nie chcę cię też więcej widzieć. Zniknij z mojego domu i mojego życia – wysyczała.
- Ale...
- Nie ma „ale”. Albo się stąd wyniesiesz i zrzekniesz praw do wszystkiego, co było „wspólne”, albo zniszczę ci życie. Począwszy od twojej rodziny, skończywszy na każdej wywłoce, która sypiała w naszym łóżku. Wiesz, że jestem do tego zdolna – przegryzła wargę, a na jej usta wstąpił wredny, cyniczny uśmieszek. - Zrozumiano? - warknęła hardo.
Skinął tylko głową, nie potrafiąc wydobyć z siebie jakichkolwiek słów. Jeszcze nigdy nie widział jej w tym stanie – tak opanowanej, wyrachowanej, agresywnej. Wiedział, że Hermiona należała do osób z mocnym charakterem, co nawiasem mówiąc od paru lat próbował zagiąć i zdeptać, ale nie spodziewał się po niej takiej zawziętości. Przez moment po jego ciele przeszło gęsią skórką przerażenie, że w szale dziewczyna naprawdę mogłaby zrobić mu krzywdę fizyczną lub psychiczną. Nie chciał bowiem, by ktokolwiek z jego otoczenia dowiedział się o świństwach, jakich się dopuszczał będąc w związku z Granger.
- Odpowiedz – nakazała, wbijając głębiej różdżkę w jego gardło. - Tak czy nie?! - podniosła ton do krzyku, wzrok jednak nadal miała obojętny.
- Tak – szepnął.
- Za dziesięć minut widzę cię po raz ostatni w moim życiu – oznajmiła władczo. - Przy drzwiach z walizką. Nie próbuj sztuczek – dodała z groźbą w głosie, którą wiedział, była w stanie spełnić.
Zamek od drzwi kliknął, dając znak, że znów są otwarte. Schowała różdżkę w kieszeni spodni i wymaszerowała do salonu.

*
Stał przy białych drzwiach, przy wyjściu. W jednej ręce trzymał torbę, a w drugą złapał klamkę. Obok jego prawej nogi stała walizka, którą Hermiona wcześniej niezbyt ładnie zapakowała.
Miał na sobie jeansy – zwykłe, proste, lekko przetarte w kolanach – i koszulę w błękitno-fioletową kratę. Włosy w nieładzie założył za uszy, a wzrok opuścił. Czekał, mając nadzieję.
Sam nie wiedział na co nadzieję mógłby mieć. Nie chciał, żeby mu przebaczyła. Nawet się o to nie starał. A kiedy trzy miesiące temu powiedziała, że odchodzi, nawet nie próbował jej zatrzymać. Było mu to ewidentnie na rękę – mógł zachować mieszkanie, miał dostęp do jej konta w banku Gringotta i mógł zgrywać przed wszystkimi porzuconą ofiarę. Oh tak – to był najlepszy aspekt ich rozstania. Żałosne spojrzenia jego matki i siostry, próbujące go w jakikolwiek sposób pocieszyć, oczernianie Hermiony ze strony Harry'ego, no i co najważniejsze – z niczym nie musiał się już kryć.
Stojąc jednak przed nią i widząc, jak dziewczyna bardzo zmieniła się przez ostatni czas, zdał sobie sprawę z kilku rzeczy.
Może jej nie kochał, bardziej zależało mu na tym, żeby mieć nad nią kontrolę i władzę. Teraz czuł jednak, że w jakiś sposób pociąga go ta jej nowa buńczuczność – buntownicza Hermiona była o wiele bardziej interesująca od tej, która ciągle siedziała nad książkami i nigdy nie miała ochoty na seks.
W dodatku mieszkanie... Dobrze mu tu było. Nowoczesne, świetnie zaopatrzone, przestronne i w dodatku w centrum Londynu, co naprawdę dawało wiele możliwości. Żal było mu je tracić, choć jak wiadomo – nigdy nie należało do niego.
No i pieniądze. Jego posada w Ministerstwie owszem, była interesująca, ale niestety niezbyt płatna. W życiu nie opłacił by nawet czynszu za to mieszkanie, gdyby miał płacić za nie sam. A Hermiona... Cóż, miała sporo pieniędzy. Pracowała jako magomedyczny auror – każda jej pensja była trzykrotnie wyższa niż jego. Po latach spędzonych w ubogiej Norze, w rodzinie, której ledwo starczało na przeżycie, a każda rzecz była „znoszona” lub „po bracie”, miał dość. Wygodnie jest, kiedy ma się pieniądze. Jeśli są pieniądze, są też możliwości, a jeśli są możliwości to jest też władza. A co jak co, władza była dla niego ważna, nawet jeśli ograniczała się tylko do sprawowania jej nad jego dziewczyną.
- Jesteś pewna... - zaczął, ale widząc jej nieustępliwy wzrok chwycił walizkę i nacisnął klamkę.
- Ron... - powiedziała, cicho. Wręcz zdesperowanym tonem, który znów wzbudził w nim płomień owej dziwnej nadziei.
- Tak? - ożywił się.
- Życzę ci, żeby ktoś w przyszłości skrzywdził ciebie tak, jak ty to zrobiłeś ze mną.
Po tych słowach otworzyła drzwi różdżką, a on wyszedł. Stała jeszcze chwilę, wpatrzona w pustą po nim przestrzeń. Zastanawiała się, co teraz.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział I

 miesiąc wcześniej

Żarówka lewitująca tuż pod sufitem niebezpiecznie zamigała, jak gdyby za chwilę miała zgasnąć zatapiając całe pomieszczenie w ciemnościach. Jeszcze zanim się przepaliła mrugnęła bielutkim snopem światła rażąc mu oczy. Jakaś część jego umysłu podpowiadała, by zakrył twarz dłońmi.
Jednak ciało było zbyt zmęczone i wycieńczone, żeby wykonać chociażby najmniejszy ruch.
Czuł się, jak w najgorszym z możliwych koszmarów – koszmarów, w których i tak na końcu wszyscy giną. Zupełnie jakby cofnął się w czasie do lat szkolnych, kiedy to jeszcze świat terroryzował Lord Voldemort i Śmierciożercy.
Na samą myśl o tym lewe przedramię zapiekło go delikatnie zaznaczając, że Mroczny Znak nadal tam widniał, choć on sam przecież nigdy tak naprawdę nie był Śmierciożercą. A przynajmniej nigdy się za niego nie uważał.
Głowa opadła mu na bezwładnie na prawy bok, a włosy przysłoniły czoło. Niegdyś jaśniutkie, wręcz platynowe kosmyki zaczesane gładko, elegancko do tyłu. Teraz ubrudzone krwią, błotem i potem tworzyły swoisty nieład, kompletnie nie przypominając odnoszącego sukcesy, bożyszcza Malfoya. Malfoya z pierwszych stron gazet, którym do niedawna niewątpliwie był. Sława, pieniądze, nagrody, licznie wyróżnienia. Wszyscy zdążyli już zapomnieć o czarnej przeszłości nie tylko jego, ale całego rodu Malfoyów.
Jedno tylko dręczyło go, wypalając niemalże dziurę w umyśle. Kiedy to było? Ile czasu minęło odkąd się tutaj znalazł?
Liczył w głowie.
Jeden. Dwa. Piętnaście. Sześćdziesiąt pięć. Dziewięćset dwadzieścia jeden. Tysiąc czterysta czterdzieści osiem.
Ale mimo to nie potrafił ocenić ile tak naprawdę czasu minęło. Czy ktoś w ogóle zauważył, że zniknął? Czy ktokolwiek próbuje go znaleźć?
Zmusił się do uchylenia powiek i choć lewa była spuchnięta na tyle, że w ogóle nie mógł jej kontrolować, próbował ocenić – po raz tysięczny – sytuację w której się znalazł.
Niewielkie pomieszczenie z równie niewielkim okienkiem w kratach tuż przy niskim suficie, od zewnętrznej strony zabite było dechami. Ściany obdrapane, ubrudzone czasem. Tak samo jak zimna, goła podłoga. I choć teraz spowite było egipskimi ciemnościami, Draco zdążył się wyuczyć tego miejsca na pamięć. Dokładnie tak samo, jak zapachu stęchlizny i fekaliów unoszącęgo się w powietrzu, który tylko na początku ranił mu nozdrza. Teraz nawet oczy przestały mu łzawić.
Odtwarzał w głowie to, co się wydarzyło z precyzją, na jaką tylko było stać zakamarki jego naruszonej pamięci. Zdawać by się mogło, że z każdą chwilą tracił kolejny wątek. To tylko potęgowało uczucie, którego nawet nie potrafił nazwać.
Obłęd? Być może.
Był na imprezie charytatywnej, organizowanej na cześć dwudziestolecia oddziału, na którym pracował od nieco ponad trzech lat jako jeden z magomedyków. Za zebrane pieniądze planowano zakupić najnowsze sprzęty magomedyczne, ułatwiające trafne stawianie diagnoz, a co za tym idzie – szybsze leczenie. Wszystko było dobrze. Licytował wystawiane na aukcji przedmioty, pił szampana i prowadził wiele mniej lub bardziej ciekawych rozmów. Towarzyszyła mu Astoria. Miała na sobie błękitną sukienkę. A może zieloną? Wysilił umysł, ale niestety ten szczegół zdążył mu umknąć. Był tam również Blaise, Pansy i Potterowie... Chyba.
W każdym razie w pewnym momencie dostał telefon. Wyszedł w kierunku toalet, by odebrać. Dzwoniła jego matka. Zdenerwowana mówiła, że ktoś napadł na jej mieszkanie... Kiedy prowadził rozmowę, dostał czymś w głowę, o czym świadczył tępy ból w okolicach potylicy. Ból był na tyle silny, że utrzymywał się do dnia dzisiejszego.
Reszty niestety nie zdążył zakodować.
Obudził się tutaj. Bez różdżki, bez ubrań – został w bieliźnie i podkoszulku. Spętany niewidzialnymi więzami, pojony co jakiś czas wodą. Przemarznięty, brudny, głodny i bezbronny.
A potem przyszli oni.
Pytali. Nieustępliwie zadawali pytania. Ciągłe pytania, na które nie mógł, a nawet nie potrafił odpowiadać. Próbował walczyć, próbował się stawiać, ale przede wszystkim próbował się stąd wydostać. Nic nie działało, kraty były zaczarowane, a drzwi pojawiały się tylko wtedy, gdy ktoś chciał wejść do środka. Wyjścia stamtąd nie było. A potem zaczęły się tortury, kolejne, bardziej wymyślne. A później znowu nic nie pamiętał. Tylko ból. Pulsujący, nieprzerwany, wręcz agoniczny ból.
W myślach pogodził się już z tym, że być może nie uda mu się wrócić do domu. Być może już nigdy nie zobaczy swojej matki, Astorii...
Usłyszał dźwięk. Najpierw jakby cichy, śliski. Jak gdyby pęta rośliny owijały się wokół czegoś kruchego. A później nastąpił wybuch. Coś wpadło do środka. Chyba drzwi z hukiem uderzyły o podłogę. Spiął mięśnie w gotowości na kolejny atak. Spróbował zebrać w sobie resztki sił, aby przybrać jak najlepszą pozycję. Być może gdyby udało mu się podnieść... Może mógłby użyć swoich splątanych nadgarstków i z całej siły uderzyć napastnika...
Oślepił go snop światła, które na powrót rozświetliło piwnicę. Płuca zaczęły rzęzić mu niczym silnik starej lokomotywy, a po ciele przeszły ciarki. Malfoy nie odczuwał strachu, nie. To była kwestia adrenaliny.
Kiedy oko przyzwyczaiło się do ostrej bieli z opóźnieniem zobaczył kontur. Ciemna postać. Była drobna. Kompletne przeciwieństwo tych, które zazwyczaj do niego przychodziły.
Postać zaczęła zbliżać się, stawiając niepewne kroki. Miał nadzieję zostać niedostrzeżonym, ale ona była coraz bliżej. Dosłownie kilka centymetrów dzieliło ją od jego prawej, bosej stopy. W umyśle próbował zdecydować, jakie życzenie mogło być jego ostatnim.
Nie zdążył jednak wykonać jakiegokolwiek ruchu, bo poraziło go piękno konturu, który nabrał ostrości.
Bujne, loki, anielska twarz.
Czy to niebo? - pomyślał.
- Chyba mamy różne definicje nieba, Malfoy.
Czy tylko mu się wydawało, czy Anioł przemówił? A może zwariował...? A może już...
- Zbieraj się! - wysyczał Anioł i wtedy, nagle poczuł oswobodzone nadgarstki i kostki. - Chodź. Podaj mi rękę – nakazał Anioł, ale Draco nie mógł poskładać tego w jedną całość.
- Czy już umarłem? - wychrypiał i skrzywił się na dźwięk swojego głosu.
Coś podciągnęło go do góry, oparł się – chyba na czyimś ramieniu. Nie miał jednak siły stać tyle na nogach.
Czy Anioł nie rozumiał, że był zmęczony? Czy w niebie nie powinien czuć się choć odrobinę mniej senny? A może nie trafił do nieba... Może nie zasłużył na to, mimo wielokrotnych prób odkupienia wszystkich win.
- Malfoy do kurwy nędzy – Anioł klął?! - Zbierz się w sobie i przestań bredzić, bo cię tu zostawię.
A potem nagle przyszła mu dziwna, wręcz nienaturalna myśl do głowy, którą – choć nie był tego pewny – chyba wypowiedział na głos.
- Granger?
*
- Hermiono – rzekł spiętym tonem Harry.
Poprawił palcem wskazującym okulary opadające mu na nos i delikatnie odchrząknął.
- Chyba wiesz dlaczego chciałem, żebyśmy się dzisiaj spotkali – oznajmił, wpatrzony w kartki rozłożone na dębowym biurku.
Tak naprawdę miał przed sobą biały, niezapisany nawet jednym słowem papier. Po prostu nie potrafił jej spojrzeć w oczy i powiedzieć na głos słów, które wydawać by się mogły od dłuższego już czasu nieuniknionymi. Dłużej jednak nie mógł z tym zwlekać. Sytuacja była zbyt poważna, żeby dalej przeciągać strunę. Rada coraz bardziej się niecierpliwiła, w dodatku po wydarzeniach z wczoraj... Wszyscy wpadli w furię.
Harry'emu ledwo udało się wprowadzić minimalny ład. W końcu jako szef Aurorów miał realną władzę nad tym całym bałaganem. Ale i to miało swoje granice.
- Harry, posłuchaj – rzuciła hardo, gotowa bronić swoich racji.
Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, lekko wybity z pantałyku. Kiedy jego przyjaciółka tak bardzo się zmieniła? Tak bardzo zmężniała? Stała się tak nieustępliwa? Przybrała pozę przyczajonej pantery, w każdym momencie gotowej do ataku..
Wyjęła dłonie z kieszeni bluzy i nachyliła się w stronę biurka, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z Potterem. Wyraz twarzy miała zbuntowany, wręcz drapieżny. Nie dawała po sobie poznać, że jest spięta czy zdenerwowana, może bardziej rozdrażniona. Najwyraźniej wcale nie miała ochoty na rozmowę z okularnikiem. Długie, kasztanowe fale odrzuciła na plecy, a jej oczy błysnęły złowieszczo.
W głębi duszy Harry podziwiał ją za odwagę i siłę, jaką się wykazała.
Po chwili jednak westchnął niczym męczennik i gestem dłoni powstrzymał ją przed jakimikolwiek wyjaśnieniami.
- Nie Hermiono, to ty posłuchaj. To, co zrobiłaś przeszło nasze wszelkie oczekiwania – przełknął ślinę, próbując dobrać słowa najlepiej, jak tylko potrafił.
Nie chciał jej urazić. A to, co miał jej do przekazania i tak miało niebawem wywołać burzę. I to tak bardzo go przerażało. Ich przyjaźń i tak ostatnimi czasy wisiała na włosku... A po dzisiejszej rozmowie wiedział dobrze, jak jego przyjaciółka mogła, a nawet miała prawo zareagować.
- Przesadziłaś. Po prostu cholernie przesadziłaś. Ja już nie mam siły na to, żeby dalej cię chronić przed radą i ukrywać to, co wyprawiasz. Naraziłaś nie tylko siebie, ale nas wszystkich! - wzburzenie wzięło nad nim górę.
Zbulwersowany wstał ze swojego miejsca i przeszedł trzy kroki w stronę okna. Dzień dopiero budził się do życia – słońce leniwie przebijało się przez ciemne, ciężkie chmury. Oparł splecione dłonie o tył głowy i odwrócił się w jej stronę.
- Ja wiem, nie jest ci łatwo. Cała ta sytuacja z Ronem. To wszystko jest świeże i ciężkie do przełknięcia, nie tylko dla ciebie. Tym bardziej, że zadecydowałaś się to zatrzymać w sekrecie... Uwierz mi na słowo - wszystko to, co zobaczyłem nie daje mi spać po nocach. Ron to ostatnia, skończona świnia. W dodatku ty tak bardzo dałaś mu wolną rękę... Nie pozwolę ci wykończyć samej siebie. Narażać się na niekonieczne niebezpieczeństwo. Działać do kurwy nędzy na własną rękę, jakbyś uparła się ciągle coś komuś udowadniać.
- Więc co zamierzasz zrobić? - rzuciła z przekąsem, próbując opanować ukłucie w klatce piersiowej.
Harry był jedyną osobą, która wiedziała, co tak naprawdę wydarzyło się między nią a Ronaldem Weasleyem... To Harry ją uratował. W duchu gratulowała sama sobie, że nie skrzywiła się ani odrobinę na wzmiankę o rudowłosym.
- Zwolnisz mnie? - prowokowała, czując nagły przypływ adrenaliny. - Dobrze wiesz, że nawet ty nie jesteś w stanie decydować czy zostanę, czy nie – odchyliła się z powrotem na oparcie i założyła nogę na nogę.
- Masz rację. Nie mogę o tym decydować sam. Mając jednak wsparcie rady. Cóż, doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie cię wykluczyć na co najmniej kilka tygodni – niemalże zniżył głos do szeptu.
Tak bardzo bał się jej reakcji!
- Słucham? - zapytała nijakim tonem.
Wzruszył tylko ramionami i spuścił wzrok. Usiadł z powrotem na swoje miejsce i nerwowym gestem poprawił schludnie ułożony stosik akt. Znów nie odważył się na nią spojrzeć, po prostu nie mógł.
Siedzieli w takiej stagnacji przez dobre dwie minuty – on w oczekiwaniu na atak furii; ona, próbując zdusić w sobie atak furii.
- Beze mnie zginiecie – oznajmiła buńczucznie. - Dobrze wiesz, że tak będzie. Poza tym, do cholery! - przeczesała włosy niechlujnym ruchem ręki. - Ta praca to moje życie. Harry, nie możesz mi tego zrobić... - próbowała zdobyć się na najtańszy sposób na świecie.
Litość.
- Przykro mi, ale to już postanowione. Musisz od tego wszystkiego odpocząć. Hermiono – zawahał się, ale tylko na kilka sekund. - nabierz dystansu, poukładaj to sobie. Nie możesz wiecznie nocować w siedzibie aurorów, nie możesz żywić się ciągle kanapkami... Wróć proszę cię do żywych. Walcz o to, co twoje. Wiesz, że mimo wszystko masz moje pełne wsparcie.
Przegryzła wargę, walcząc ze łzami. Wiedziała, że ostatnimi czasy sprawiała najbliższym dużo przykrości; że była lekkomyślna i mało odpowiedzialna; że nie robiła rzeczy zgodnie z planem. Ale dzięki temu jeszcze jakoś funkcjonowała.
Nie musieć myśleć o tym co będzie, było równie zbawienne jak nie myślenie o przeszłości.
- Niech będzie – wyszeptała ledwie słyszalnie. - Ale to, co się ze mną stanie będzie tylko i wyłącznie twoją winą, Harry – rzuciła, podniosła się i nie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi z jego strony, wyszła.

poniedziałek, 26 października 2015

Prolog

Gniewnie stawiała krok za krokiem ledwo opanowując nadchodzący atak złości. Dosłownie kipiała ze wściekłości. Do tego stopnia, że nie była w stanie wydobyć z siebie jakiegokolwiek słowa – ona! Ta, która ma zawsze najwięcej do powiedzenia...
- Granger, do cholery!
Przystanęła na chwilę, nawet się nie odwracając. Nie potrafiła zaszczycić go najmniejszym spojrzeniem. Czuła, że spotkała się z niesłychaną niesprawiedliwością. Ona –najlepszy magomedyczny auror w Londynie – miała niańczyć przypadek beznadziejny? I to jeszcze tak beznadziejny?!
- Pospiesz się – wycedziła, słysząc spowolnione ruchy chłopaka wspieranego na kulach. Ubrania i jego rzeczy mogła przetransportować... Jego niestety nie. - Nie będę tu czekać do wieczora. Ruchy, Malfoy.
Jej głos brzmiał ostro. Właściwie tak sucho i wrogo, jak jeszcze nigdy dotąd. Ale skoro miała teraz nad nim przewagę... Uśmiechnęła się zjadliwie pod nosem – przecież mogła to wykorzystać. W końcu był zdany na nią i tylko na nią. Ten fakt nieco poprawił jej humor, bowiem nareszcie mogła się odgryźć za lata znoszonych upokorzeń i ubliżeń. I to w najbardziej wysublimowany sposób ze wszystkich.
- Czy ty uważasz, że tego chciałem? - naburmuszył się.
Dopiero wtedy się obejrzała na niego. Ledwo radził sobie z tymi kulami, jedną nogę miał unieruchomioną w gipsie. Nie wyglądał na zdrowego. Właściwie w tak fatalnym stanie jeszcze go nie widziała - poobijany, o szkarłatnie czerwonych policzkach i ciemnych sińcach pod oczami, sprawiał wrażenie żołnierza wracającego z pola bitwy.
Hermiona przegryzła wargę, a na sercu poczuła chwilowy ciężar. Może jednak była zbyt ostra? Może powinna trochę spuścić z tonu? W końcu to nie jego wina. To wina Harry'ego i jego przewrażliwionych decyzji. Westchnęła i po kilku sekundach ruszyła dalej przed siebie, jednak trochę wolniej.
- Nie wiem, czego chciałeś. Ale jedno jest pewne – rzuciła sucho, trochę z wahaniem – przez ciebie jestem ubezwłasnowolniona i uziemiona.
- Nie myśl, że twoje towarzystwo jest mi na rękę – wysyczał, zdobywając się na resztki dawnego, starego arystokraty, jakim był jeszcze w szkole. Zarozumiałego, zadufanego w sobie dzieciaka, któremu nikt nigdy nie odważył się zwrócić uwagi. - Wkurzająca, sfrustrowana, wystawiona przez rudzielca wariatka. W dodatku bezrobotna.
Jego słowa podziałały na nią jak kubeł zimnej wody. Gniew powrócił ze zdwojoną siłą, zmywając z niej resztki wyrzutów sumienia. W tej samej sekundzie w jej ręce znalazła się różdżka, by w kolejnej mogła ją wbić w blade, posiniaczone gardło chłopaka. Ktoś najwidoczniej próbował go dusić. Wokół szyi miał odbite plamy, ślady palców. To jednak odwróciło jej uwagę tylko na moment. Uniosła władczo różdżkę, a wzrokiem wyraziła tyle pogardy, na ile ją tylko było stać.
- Jesteś zdany na mnie – szepnęła. - Na nikogo innego. Nikt inny cię nie chce. Nikt nie chce się tobą zająć... Biednym, parszywym czarodziejem, który nagle stracił swoje zdolności... Nawet eliksiry na ciebie nie działają – rzekła, lustrując jego poturbowane ciało od stóp po czubek blond głowy. - Ciekawe czy zaklęć niewybaczalnych i innych klątw również nie poczujesz. Chcesz się przekonać? - rzuciła prowokująco, twardym i pewnym siebie tonem. Nie była tą samą Hermioną, co kiedyś. Tamta odeszła w zapomnienie. - Jeszcze jedno słowo na mój temat, a będziesz miał jedyną i ostatnią w swoim marnym życiu okazję, by się o tym przekonać.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Obojętne, zamglone spojrzenie lodowato-błękitnych oczu wydawało się wręcz błagalne wobec orzechowych, groźnie patrzących tęczówek dziewczyny. Oddech przyspieszył, serce galopowało w piersi, a w głowie szumiała krew. Oboje wydawali się być jednak zmęczeni do granic możliwości.
Brunetka cofnęła się o krok i schowała różdżkę za paskiem spodni. Przymknęła powieki, próbując się uspokoić.
Czuła w głębi duszy, że świeżo podjęte decyzje wywrócą jej życie do góry nogami. A to akurat było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła.
- Za następnym zakrętem stoi moje auto. Lepiej się pospiesz. Ne będę wiecznie na ciebie czekać– oznajmiła buńczucznie, ruszając dalej przed siebie.
Po kilku minutach oboje wyszli na słoneczne, tętniące własnym życiem ulice Londynu.
Kompletnie nieświadomi tego, co jeszcze ich czeka.
____________________________________________________________

Witajcie kochani!
Przedstawiam Wam dzisiaj prolog do mojej nowej historii, z którego jestem szczerze dumna i zadowolona. Mam nadzieję, że Wam również się spodoba. Przynajmniej na tyle, by przeczytać kolejne rozdziały :).
+ Szukam bety i kogoś, kto byłby tak miły i zrobił mi jakiś skromny szablon!
Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie :)
S.